czwartek, 19 lutego 2015

Tajemnice Smutku



Dobrze mi z tym co mam, choć przede mną znowu pusty dom.
Odejdź już, schowaj żal, przecież wszystko zabrał nam los.

Macie czasem takie momenty, że jesteście  zdołowani zupełnie bez powodu? Nagle robi wam się smutno i chcielibyście móc zalać się łzami, ale jak na złość, łzy nie płyną? Albo wręcz odwrotnie, płaczecie bez końca i nawet gdy już chcecie przestać, łzy płyną same? 
    A w tracie, zastanawiacie się, dlaczego w ogóle jesteście smutni, ale nie możecie znaleźć na to pytanie odpowiedzi. Myślicie o tym co było, co nie wróci a w waszych głowach kreują się wymarzone scenariusze przyszłości, które nigdy nie przydadzą wam się w rzeczywistości. Nie wiecie czemu sami siebie dołujecie, ale i tak robicie tak dalej, bo nie oszukujmy się, każdy lubi czasem tak dla zasady pobyć smutnym, żeby potem móc z powrotem cieszyć się życiem.
Ale  nie każdy ma taką chwilę raz kiedyś. Niekiedy natykamy się na osoby z maskami uśmiechu na  które nabierają się ich przyjaciele. Nie dlatego, że są łatwowierni, ale dlatego, że posiadacze masek są idealnymi aktorami, a jedynymi osobami które te maski dostrzegają są ludzie którzy również je noszą. Ironia, prawda?



Jest na świecie taki rodzaj smutku, którego nie można wyrazić łzami.
Nie można go nikomu wytłumaczyć.
Nie mogąc przybrać żadnego kształtu, osiada ciasno na dnie serca
jak śnieg podczas bezwietrznej nocy.


 Przeczytałam gdzieś takie mądre słowa które do dziś tkwią w mojej pamięci.
"Jeśli jest nam przykro bez wyraźnego powodu, znaczy, że czegoś nam brakuje."
Czy uważam, że to prawda? Oczywiście.
Zadacie teraz pewnie pytanie, skoro, jeśli tak jest, to czemu nigdy nie wiecie czego wam brakuje. Już tłumaczę wam moją teorię. Wydaje mi się, że działa to w taki sposób: Nie zawsze wiemy czego  pragniemy, ale nasza podświadomość kusi nas tą rzeczą, osobą, sytuacją bądź czymś innym co nam się marzy. Robi to w najbardziej niespodziewanym momencie, więc nawet nie wiemy czego pragniemy, ale żałujemy, że tego nie posiadamy. Robi  nam się panicznie przykro, a skoro nie wiemy dlaczego to zaczynamy nad tym myśleć i przywoływać wszystkie możliwe opcje, czym tylko potęgujemy smutek. Namnoży nam się go tyle, że na początku nawet nie zdawaliśmy sobie sprawy, że może nam być przykro, na tyle różnych sposobów.

Martwienie się jest bezsensowne.
Każdy człowiek ma przydzieloną dzienną dawkę siły.
Martwienie się, jest dźwiganiem jutrzejszych problemów,
z dzisiejszą siłą. Tym samym marnujemy jej zasoby,
ponieważ samym martwieniem, nie pozbędziemy się problemu.

     Skoro tak jest, to czemu ludzie się martwią?
Otóż zwyczajnie, ludzie lubią zajmować sobie czas takim kreatywnym myśleniem. "Co stanie się jutro?" "Nie mam pracy domowej!" "Nie pamiętam tego..." i tak dalej....
Zatrzymajmy się na chwilę i coś sobie przytoczmy.
Samym martwieniem, nie pozbędziemy się problemu.
Nie ma sensu zamartwiać się tym dzisiaj. Dziś jest dziś, a jutro będzie nowy dzień, który możemy zaprojektować samemu. Każdy dzień jest pełen wyborów. Na przykład, jeśli jest, powiedzmy wtorek, a my musimy wstać do szkoły lub pracy, możemy zdecydować czy wstaniemy z łóżka, aby się tam wybrać. Nie mylmy jednak wyboru z konsekwencjami, ponieważ konsekwencje poniesiemy zapewne następnego dnia. ( Czyli mamy już kolejny powód do zmartwień, ale nie o tym teraz. ) No i jeśli zostaniemy w łóżku, pośpimy do późna, ominą nas te rzeczy o które martwiliśmy się poprzedniego dnia. Nie było więc sensu się o nie martwić, prawda?
    Jeśli jednak postanowiliśmy wziąć się w garść i stawić czoło problemom dnia bieżącego, zazwyczaj po fakcie dokonanym, zauważamy, że niepotrzebnie się baliśmy, bo nie było aż tak źle.
Są też sytuacje w których nie umiemy się dostosować ani do pierwszej ani do drugiej teorii. Takich dni i sytuacji nie da się jednak przeskoczyć, po prostu trzeba je przeżyć.

Nosiła piękny uśmiech, każdy dzień był pełnym radości.
A w nocy przepełniał ją strach, od duszy po kości.
Był przy niej, pomagał. Nie chciała.
A gdy nie słyszał, krzyczała.




Powyższy cytat należy do mnie i zastrzegam sobie prawa autorskie do niego.
Wpadłam na niego przed chwilą, myśląc o kolejnej tajemnicy smutku. Więc chciałabym wam ukazać waszą najsłabszą stronę. Nie jest nią żadna z wypisanych powyżej, choć mogło wam się tak wydawać. Największym smutkiem, a jednocześnie powodem do  gniewu, czyli mieszanką wybuchową jest wiedza. Nie zawsze jesteśmy świadomi cierpienia kogoś nam bliskiego i użalamy się nad własną osobą. Nie chcemy pomocy, bronimy się od niej rękami i nogami, bo wydaje nam się, że  dajemy, bądź damy sobie  radę sami. Ale nie to jest najgorsze.
   Najgorsze jest gdy stoimy po drugiej stronie barykady i staramy się pomóc komuś. A on, tak jak my zrobilibyśmy na jego miejscu, broni się od pomocy. Wtedy, po jakimś czasie rezygnujemy z prób dawania mu tej pomocy, bo po co pomagać na siłę komuś kto tego nie chce?  A wtedy dopada nas uczucie  rozpaczy, przegranej, bezużyteczności. Zatracamy się w smutku i historia kołem się toczy. Dlaczego więc poszerzamy to grono?
Dlatego, że nie umiemy pomóc sobie i ciągniemy resztę za nami.
Za  paręnaście lat, depresja będzie stanem cywilnym, a za radość ludzie będą nas kierować do psychiatry. To okropne, że nasz świat stacza się razem z nami.




* * *



    Dziękuję i gratuluję każdemu kto dotarł do końca tego postu. W zamian poproszę komentarz, który nie będzie  jedynie zaproszeniem mnie na bloga. Spamerów odsyłam do zakładki "Linki", a resztę zachęcam do komentowania.

A, i jeszcze jedno. Nie smućcie się, tylko korzystajcie jak najbardziej z życia. Mam nadzieję, że mój post dał wam do myślenia i w jakiś sposób pomógł. Dołączam zdjęcie, które wydaje mi się pozytywne i choć notka jest o negatywach życia, chcę ją rozjaśnić troszkę tym zdjęciem.






















Brak komentarzy:

Prześlij komentarz